niedziela, 21 września 2014

Zapraszam na nowy blog! http://hate-story.blogspot.com/

sobota, 8 marca 2014

Zapraszam wszystkich na mojego nowego bloga <3 Przeczytajcie i skomentujcie jeśli możecie oraz obserwujcie, jeśli się spodoba :)

                                               http://4ever-dreamers.blogspot.com/

czwartek, 27 lutego 2014

Note 27

Klęczał przede mną, a ja nie wiedziałam co mam zrobić. Chciałam się zgodzić, ale z drugiej strony nie chciałam być niczyją własnością, ale przecież i tak byłam jego. Więc co mi zależało, aby być jeszcze bardziej?
- Tak! - krzyknęłam i rzuciłam mu się na szyję. Spojrzał mi głęboko w oczy i pocałował w usta na znak naszej miłości. Wrócił do poprzedniej pozycji i nałożył na serdeczny palec pierścionek. Zrobił to tak delikatnie, że nawet nie poczułam, że wsuwa mi coś na jego.
 Kiedy wszystkiego pozbyliśmy się ze stołu, postanowiliśmy wybrać się na dyskotekę do klubu. Razem z Jo wyszłyśmy do pokoju, aby zmienić ubrania i poprawić makijaż.
- A więc Justin i ty to już naprawdę coś poważnego. - zaczęła rozmowę szukając czegoś w swojej walizce z ubraniami.
- Najwidoczniej. - odparłam, wyciągając przed siebie rękę, i patrząc na nowy nabytek.
- Jest piękny. Przyznaję, że ci zazdroszczę. - rzekła również patrząc w stronę pierścionka.
- A ty i Eddie? - zaczęłam wrażliwy temat. Wiedziałam doskonale, że Jo nienawidzi rozmawiać o swoich stosunkach z chłopakami, bo nigdy jej nie wychodziło. - Jak się czujesz po seksie?
- Tiffany! Nie będę z tobą o tym gadać! - krzyczała śmiejąc się jednocześnie. - Ale wiesz, nie czułam się tak jak mówią, że powinnam się czuć. Wszystko mnie jeszcze boli.
- Haha, to musiał cię ostro zerżnąć. - zaśmiałam się wyciągając z szafy wyjściowe ciuchy. Przebrałam się w wybrane rzeczy i czekałam na malującą się Jo. Kiedy obie byłyśmy już gotowe postanowiłyśmy zejść do naszych chłopaków. Jo szybko zawstydziła się kiedy Eddie zmierzył jej postać od góry do dołu.  Widać było, że mieli na siebie wielką ochotę. Justin obserwował mnie do momentu, w którym się na niego spojrzałam. Kiedy nasze oczy patrzyły na siebie, chłopak szybko odwrócił głowę z uśmiechem na twarzy.
Wszyscy wyszliśmy z domu kierując się do klubu. Eddie z Jo szli pierwsi trzymając się za rękę i rozmawiając o czymś, czego słyszeć już nie mogłam. A ja i Justin szliśmy za nimi, również trzymając swoje dłonie. Zerkaliśmy na siebie. Nie wiem jak Justin, ale ja czułam się dziwnie, byłam strasznie spięta, jakbym dopiero go poznała, a przecież tak nie było. Odnosiłam wrażenie, że on też nie czuje się przy mnie swobodnie.
- Hej, co jest? - zapytałam czekając aż odkręci głowę w moim stronę.
- Nic, a co ma być? - udawał, słyszałam to w jego głosie, za dobrze go znałam. Myślał, że mnie oszuka?
- Justin. Powiedz mi. - nalegałam zatrzymując się przed nim, uniemożliwiając mu kolejny krok.
- Czuję się dziwnie, okej? Nie wiem czemu, ale nie czuję się z tobą tak samo jak kiedyś. Wszystko nabrało innego kształtu, wszystko się zmieniło, wiem, że nie jestem jedynym chłopakiem z którym się całowałaś i to mnie strasznie boli. Ja .. nie wiem czy potrafię.
- To dlaczego mi się oświadczyłeś? - zapytałam ze smutną miną puszczając jego dłoń. Wiedziałam, że coś go trapi, ale skoro nie chciał być ze mną nie musiał. Przecież nie zmuszałam go do niczego, a teraz po protu czuję się winna.
- To nie tak, że nie chcę, ale nie wiem czy potrafię. Widziałem jak całowałaś się z Niallem, nie wiem czy mógłbym tak po prostu kiedyś o tym zapomnieć i być z tobą tak naprawdę. - wypowiedział słowa, a mnie zatkało.
- Czyli teraz nie jest naprawdę? - zapytałam tak naprawdę nie czekając na żadną odpowiedź. Myślałam, że zrobił to dlatego, że mnie kocha i że chce ze mną być, a on chciał tylko sprawdzić czy nasz związek przemieni się w prawdziwy? Nie mogłam pozwolić żeby mnie tak traktował, po prostu nie mogłam, dlatego właśnie odeszłam. Odwróciłam się i uciekłam do domu. Czułam, że mnie goni, ale nie zatrzymywałam się. Skoro nie był pewny tego co czuje to dlaczego robił to co robił? Dawał mi tylko kolejną złudną nadzieję, na to, że mogę być z nim szczęśliwa.
- Tiffany! Otwórz, nie o to mi chodziło! Wszystko jest naprawdę, ale ja po prostu nie czuję się tak jak kiedyś w twojej obecności, wiem, że dziwnie to zabrzmiało, kocham cie i niczego nie żałuje, rozumiesz? Chcę żebyś była moją żoną. - powiedział, ale ja wcale nie miałam zamiaru odpowiadać. Po prostu otworzyłam drzwi i wyszłam mijając go po prostu dodałam.
- Teraz to ja mam wątpliwości. - odrzekłam i ruszyłam w kierunku cmentarza. Wiedziałam, że tak łatwo nie odpuści, czułam jego obecność. Kiedy doszłam w wyznaczone miejsce, usiadł obok mnie na ławce przy grobie mojej mamy i zamilkł. Złapał mnie za rękę i mimo mojego sprzeciwu, nadal nadal nie puszczał. Rozpłakałam się. Nie wiedziałam co mam robić, a ona z pewnością, by mi pomogła, ale nie było jej ze mną. A przecież z tatą, nie będę rozmawiać o tego rodzaju sprawach. Chciałabym, żeby mama wróciła.
- Tiffany. - odezwał się jako pierwszy od jakichś 10 minut. - Ja nie chciałem ... Ja nie wiedziałem, że tak to zabrzmi.
- Wiesz jak mogłam to jeszcze odebrać? - zapytałam wyciągając zapalniczkę z kieszeni i rozświetlając koniuszek wosku, włożyłam wkład do znicza. - Że byłeś ze mną tylko dla seksu.
- Ej, ej , ej - starał się nie myśleć o tym co powiedziałam. - Nie prawda, Tiffany. Spójrz na mnie, spójrz na mnie, proszę. - skierowałam głowę w jego stronę mimo początkowego sprzeciwu. - Kocham Cię. - nie odpowiedziałam, mimo, że miałam ogromną chęć, nie zrobiłam tego. Odwróciłam się od grobu i szłam w kierunku wyjścia. - Poczekaj.
- Nie tylko ty czujesz się dziwnie. Ja też odnoszę takie wrażenie, że już nigdy nie będzie tak samo, ale nie wypominam ci tego, że całowałeś się z Any. Więc może ty też tego nie rób? Kiedy całowałam się z Niallem, nie byliśmy parą, więc nie wiem jaki jest powód tego, że się na mnie obrażasz.
- Czyli jeśli zerwiemy już nic nas nie łączy?
- Sam powiedziałeś, że z dniem zerwania jest koniec wszystkich obietnic jakie sobie daliśmy. - wypominałam, mu słowa, które wyryły bliznę w moim sercu.
- Ale przecież teraz jesteśmy znowu razem. - przypomniał mi zbliżając się do mnie.
- Ciekawe na jak długo. - odgryzłam się wiedząc, że to wyprowadzi go z równowagi. Widziałam jak chowa swoje prawdziwe emocje, aby mnie nie stracić, po raz kolejny.
- Tiffany, ten pierścionek, oznacza, że na zawsze. - odparł biorąc moją rękę i odznaczając na niej swoje wargi.
- Mam dość! Nie mogę tak żyć, bo tak naprawdę nie wiem czy za chwilę znowu nie będę sama, czy znowu mnie nie zostawisz. Ciężko mi to przyznać, ale nie mam innego wyjścia. Odchodzę. - rzekłam biegnąc w kierunku domu.
Kiedy tylko udało mi się zatrzasnąć za sobą drzwi, zakręciło mi się w głowie, ale nie dałam za wygraną. Wbiegłam po schodach do swojego pokoju i zaczynałam wrzucać wszystkie rzeczy do walizki. Sięgnęłam po telefon i zamówiłam taksówkę.  Wyszłam z mieszkania, ciągnąc za sobą dwie walizki, w których były najpotrzebniejsze rzeczy.
- Co ty wyprawiasz?
- Wynoszę się stąd. Dłużej tu nie wytrzymam. - odpowiedziałam wkładając swoje bagaże do zatrzymującej się taksówki. - Na lotnisko proszę. - skierowałam słowa do kierowcy i schyliłam się, aby wsiąść do wozu lecz ręce Justina uniemożliwiły mi ten ruch. Przygnieciona siłą chłopaka, oparłam się o maskę. Przymknęłam oczy, aby wziąć głęboki oddech lecz nie zdążyłam tego zrobić, gdyż poczułam jak jego wargi zostały połączone z moimi. Staliśmy tam cały czas się całują. Ale ja nie mogłam tego tak zostawić. Delikatnie zsunęłam pierścionek ze swojego palca, tak aby on tego nie zauważył i włożyłam go do kieszeni swojego towarzysza, po czym po prostu osunęłam się po boku auta i zajęłam miejsce w środku niego. Taksówka ruszyła z piskiem opon, zostawiając Justina daleko za sobą. Miałam wątpliwości, ale kto ich nie ma? To było najlepsze rozwiązanie, inaczej nie mogłam postąpić.
Oddałam swoje bagaże najszybciej jak mogłam i zajęłam miejsce w samolocie, byłam tchórzem. Nie umiałam unieść swoich problemów, byłam żałosna. Nadal jestem.

I tak właśnie opuściłam Kanadę i już nigdy więcej do niej nie powróciłam. Ponownie zamieszkałam w Paryżu razem z tatą. Ciało mamy zostało przeniesione tutaj, do naszego miasta, co dało nam możliwość zapalania zniczy na jej grobie prawie codziennie. Oczywiście, że było mi ciężko przez wiele miesięcy, ale nie mogłam tam wrócić, nie zdołałam się na taką siłę. Musiałam zapomnieć o Kanadzie, a przede wszystkim o Justinie. Poznałam chłopaka, który zajął miejsce Justina w moim sercu. Wyszłam za niego i urodziłam mu dwójkę ślicznych dzieci, córeczkę Rose i syna Lucasa.
Eddie i Jo, wyruszyli w podróż, po tym jak wyjechałam z Kanady bez słowa, nie odzywali się do mnie. Zostałam sama, ale no cóż, mogłam się przecież tego spodziewać. 
A Justin? Również ułożył sobie życie. Ożenił się z Aną. Ale już nie utrzymujemy kontaktu, nie po tym co mu zrobiłam. Wcale mu się nie dziwię, zasłużyłam sobie.


 

                                                                                                                                                                         
I o to właśnie tak postanowiłam zakończyć tego bloga. Sama nie wiem dlaczego, akurat tak, ale może dlatego, że sama nie lubie happy endów. Może dlatego, że w moim życiu ich nie ma? Ale nie ważne, dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną i czytali tego bloga ;) Czekam na komentarze. A jeśli komuś podobał się mój blog i sposób, w który piszę chciałabym serdecznie was zaprosić na mojego nowego bloga http://4ever-dreamers.blogspot.com/. Mam nadzieję, że również wam się spodoba. 
4ViolaEver


                                        

piątek, 21 lutego 2014

Note 26

Wróciłam do domu myśląc o sytuacji, która miała miejsce tamtego wieczoru. Leżąc w łóżku również nie mogłam wyrzucić tego wspomnienia ze swojej głowy. Tkwiło to we mnie jak nóż w sercu człowieka. Może kiepskie porównanie, ale właśnie tak było.
Dziś był ten dzień, którego chciałam uniknąć, 15 luty, moje urodziny.

Wstałam jak co rano, tak jakbym musiała iść do szkoły lecz tym razem tak nie było. Była sobota, więc cały dzień miałam spędzić ze swoimi przyjaciółmi w domu lub po za nim. Przebrałam się w jedne z codziennych ubrań i zeszłam na dół, aby trochę ogarnąć w domu. Wszędzie walały się śmieci, to było nie do zniesienia. Założyłam gumowe rękawiczki i zabrałam się za zmywanie talerzy, szklanek i sztućców po zjedzonych wcześniej posiłkach. Trochę się tego nazbierało. Kiedy kuchnia lśniła czystością przeszłam do łazienki i tam umyłam lustro i wyprałam walające się po podłodze brudne rzeczy Eddiego i Jo. Bardzo mnie cieszy fakt, że postanowili mnie odwiedzić, ale serio mogliby po sobie sprzątać. Postanowiłam wyrzucić śmieci, których zapach roznosił się już prawie po całym domu. Wracając, chwyciłam mop i przemyłam podłogę w całym mieszkaniu, a tam gdzie były dywany poszedł w ruch odkurzacz. Jo obudziła się, kiedy otworzyłam drzwi od pokoju, w którym spała całkiem naga razem z Eddiem. Nie chciałam wnikać w to co się wczoraj między nimi zadziało, więc nie budziłam ich. Kiedy mnie zobaczyła szybko chwyciła kołdrę, obnażając nadal śpiącego chłopaka. Nie był to miły widok, jedyny mężczyzna, którego widziałam nago to Justin i chciałam, żeby tak pozostało, ale niestety czasu już nie cofnę.
- Możesz go przykryć? Wolę widzieć nagą ciebie niż jego. - odparłam zakrywając ręką oczy. przyjaciółka szybko schowała się za łóżko i tam dokończyła ubieranie swojego ciała, po czym rzuciła materiał w kierunku Eddiego, który obudził się. Dostrzegając mnie w pokoju otworzył szerzej oczy i przycisnął kołdrę do swojego kroku. - Na to już za późno.
- Co? - zrobił zdziwioną minę, a ja po prostu postanowiłam nie drążyć tematu i wyjść. Tak więc zrobiłam, opuściłam pokój, w którym ubiegłej nocy coś się wydarzyło.
- Tiff poczekaj, to nie tak .... - próbowała wyjaśnić Jo.
- Jeny Jo, nie obchodzi mnie to czy coś między wami jest. Jeśli jest to gratuluję i życzę powodzenia xd Oby tak dalej szło, a jeśli nie no to niech będzie. Widzę, że ty coś do niego czujesz. Eddie to zamknięty rozdział w moim życiu, pamiętasz? - starałam się przypomnieć przyjaciółce zdarzenia z nie całego pół roku.
- Z Justinem też tak było. - wypowiedziała jakby do końca nie wierzyła w moje słowa.
- Justin to co innego. Przecież wiesz, że ja go kocham! - wykrzyczałam. Nie wiem czemu wspomnienie o nim tak mnie boli. Może dlatego, że już nie jest mój? I dlatego, że już nigdy nie dotknę wargami jego warg? Może to dlatego, że ja go nie chcę stracić? Nie mogąc już wytrzymać tego całego napięcia, wyszłam rzucając na podłogę mop, który nadal tkwił w mojej dłoni.
Spacerowałam wiedząc, że nie mogę robić tego cały dzień. Kiedyś musiałam wrócić. Po drodze, weszłam do najlepszej cukierni i tam kupiłam tort na imprezę, która miała się odbyć. Imprezę? Raczej spotkanie towarzyskie, na którym są trzy osoby. Nie liczyłam nigdy na to, że Justin przyjdzie, ale miałam cichą nadzieję. Przecież podobno ona umiera jako ostatnia. Szłam w kierunku swojego domu, kiedy nie wiadomo skąd stał przede mną mężczyzna, w którego uderzyłam.
- Przepraszam najmocniej, nie zauważyłam pana. -  odparłam próbując ujrzeć twarz stojącej postaci, ale nie wiadomo z jakiego powodu, ona mi to uniemożliwiała. Jednak po chwilowym wpatrzeniu się ujrzałam to w jego oczach, które były przepełnione smutkiem, żalem, zazdrością i pragnieniem. - Justin?
- Cześć Tiffany. - rzekł zdejmując kaptur i full cap.
- Co ty tu robisz? - zapytałam zdziwiona, nadal trzymając w rękach niezbyt lekki tort.
- Em ... ja przechodziłem obok i postanowiłem dać Ci prezent, który czekał na ciebie już od bardzo dawna. Ale wiem, że przy ostatnich wydarzeniach wszystko się zmieniło, a najgorsze w tym jest to, że poznałaś Niall'a. I przez to jestem na straconej pozycji. - powiedział smutno odbierając ode mnie tort i kładąc go na chodniku, obok nas. Zabawne, było to, że my też na nim nie staliśmy, nasze stopy miały swoje miejsce na czarnym jak węgiel asfalcie.
- Ja myślałam, że to ja jestem na straconej pozycji. - odpowiedziałam nie spuszczając go z oczu. Dotknął mojego ramienia, po czym przesunął swoją dłoń na mój policzek.
- Przepraszam za to co zrobię, ale muszę. Inaczej popadnę w paranoje i nie wiem co wtedy ze mną będzie. Naprawdę przepraszam. - szybkim ruchem przybliżył się do mnie całując moje wargi. Po chwili jednak chciał się odsunąć lecz uniemożliwiłam mu to, przyciągając go do siebie. Właśnie teraz miałam to czego pragnęłam, miałam Justina.
- Przepraszam, ja nie mogłam się opanować, tak mi ciebie brakowało - odparłam wtulając się w jego klatkę piersiową. - Tak naprawdę co to za związek, w którym nie ma kłótni?
- Kocham cię Tiffany i nie  mogę pozwolić na to, abyś zniknęła z mojego życia. - kąciki same mi się podniosły słysząc słowa, które wypowiada. Czułam się jak kiedyś, jak sprzed tej sytuacji z tymi kryminalistami. I było mi z tym bardzo dobrze, teraz nic bym już nie zmieniła.
- Może jednak przyjdziesz na moje urodziny? - spytałam zabierając ciasto z zimnego betonu.  Chłopak odebrał ode mnie przedmiot i ruszył ze mną w kierunku mojego domu z uśmiechem na twarzy.
- Wiesz, ten pocałunek ... - próbowałam zebrać się na odwagę, aby co powiedzieć, ale nie okazało się to łatwe. - był najlepszym prezentem jaki mogłam dostać w woje urodziny.
- Cieszę się. Ale to nie był prezent, o którym mówiłem. - odparł sięgając jedną ręką do tylnej kieszeni spodni.
- Nie teraz. później. Na imprezie. - poprosiłam zatrzymując jego rękę wchodzącą do kieszeni. Chłopak szybko usunął dłoń wchodzącą do materiału i przełożył na nią tort, po czym wolną ręką, która była bliżej mnie, złapał moją dłoń łącząc ją w uścisk. Wchodząc do mieszkania zobaczyłam całującą się ubraną Jo i Eddiego w samych bokserkach. Ten świat schodzi na psy, bo nawet we własnym domu, nie można zapomnieć o nagości. - Eddie, błagam cię, ubierz się!
- Hej. - przywitał się Justin mierząc się wzrokiem razem z Jo. Dziewczyna przegrała, bo przyjaciel dał jej znak, żeby poszła z nim na górę, a nas zostawiła samych. Weszliśmy do kuchni i tam zostawiliśmy przedmiot kupiony w cukierni. Chwyciłam wszystko co było kupione na tą okazję i położyłam w salonie. chipsy wysypałam do misek, cukierki położyłam na talerzach itp. Zamówiłam cztery pizze i podałam szampana, piwo oraz inne napoje, kładąc je na szklanym stole. Razem z Justinem wybraliśmy jakiś horror i włożyliśmy płytę do dysku. Czekając na moich przyjaciół nie odzywaliśmy się ani słowem do siebie. - Muszę skorzystać z łazienki.
- Chyba wiesz gdzie jest. - powiedziałam zerkając na wstającego chłopaka.
- Wiesz chyba zapomniałem. - odparł kierując swój uśmiech w moją stronę. Razem z nim powędrowałam do drzwi łazienki.
- Mam wejść z tobą? - zapytałam bacznie obserwując jak powstrzymuje się od śmiechu.
- Chyba sobie poradzę sam. - odparł głośno przełykając ślinę.
- No to ja przez ten czas się przebiorę. Znajdziesz mnie u mnie w pokoju. - rzekłam puszczając do niego oczko. Lubiłam się z nim droczyć, a dzięki temu od razu poprawił mi się humor. Weszłam do swojego pomieszczenia i zaczęłam grzebać w szafie w poszukiwaniu rzeczy, które już wcześniej planowałam założyć na urodziny. Kiedy znalazłam sukienkę, położyłam ją na łóżku, a sama odwróciwszy się od drzwi zaczęłam usuwać warstwy ubrań ze swojego ciała. Kiedy byłam w samej bieliźnie wróciłam do łóżka, aby wziąć stamtąd swoją sukienkę.
- A reszta pokazu? - zapytał Justin opierający się framugę drzwi. Podeszłam do niego w samej bieliźnie, podniosłam się na palcach.
- A chcesz? - zapytałam tak delikatnie, że na skórze chłopaka pojawiły się dreszcze. Dłonie Justina powędrowały na moje plecy i jednym szybkim ruchem poradziły sobie z rozpięciem mojego stanika, nie sądziłam, że tak szybko mu się to uda. Przysunął się do mnie jeszcze bardziej i złączył nasze usta, które i tak były już bardzo blisko siebie. Rzucił mnie na łóżko i powoli zaczął zsuwać ramiączka z moich ramion, kiedy do pokoju weszła Jo.
- Hej słuchajcie przyjechała pizza. - odparła nie spodziewając się tego co zobaczyła. - Em .... ja nie chciałam wam przeszkodzić.
- Nie przeszkadzasz. - rzekł Justin uśmiechając się do niej pomagając mi wstać i zapinać stanik. - Ja tylko pomagałem Tiffany rozpiąć emm zapiąć stanik.
- Sam się pogrążasz. - powiedziała Jo śmiejąc się z nas.
- Zapłać, pieniądze leżą w kuchni, my zaraz zejdziemy.  odpowiedziałam zakładając już sukienkę na siebie. Kiedy Jo wyszła razem z chłopakiem wybuchliśmy śmiechem. I tak właśnie powinny wyglądać urodziny, jestem szczęśliwa, że spotkałam Justina wracając do domu. - Pomożesz mi zapiąć sukienkę?
- Wolałbym pomóc ci ją rozpiąć. - zażartował łapiąc za suwak i ciągnąc do ku górze.
- Może po imprezie. - rzekłam odkręcając się do niego i całując delikatne jego wargi swoimi. Zeszłam z chłopakiem na niższe piętro, aby razem w czwórkę zjeść pizzę i porozmawiać.
- A więc jesteście razem? - zapytał Eddie nadgryzając kawałek pizzy. Spojrzeliśmy na siebie z Justinem w tym samym momencie. No właśnie, byliśmy? Przecież zerwaliśmy, a teraz znowu jesteśmy razem? Czy pocałunek może to potwierdzić?
- Chyba tak, ale to się okaże dopiero jak dam Tiffany prezent. - powiedział wstając i idąc w kierunku kuchni. Poszłam za nim.
- Czyli wszystko wraca do normalności? - zapytałam z  uśmiechem na twarzy.
- Wybaczam ci bal, ale czy ty wybaczasz mi ... - przyłożyłam mu palec do ust, aby nie kończył tego zdania, nie chciałam tego słuchać i psuć sobie dnia.
- Tak, wybaczam ci. - odparłam i przypieczętowałam zgodę jednym małym buziakiem. Chłopak podniósł kąciki ust i włożył dwie świeczki w tor po czym  je zapalił. Wniósł ciasto do pokoju i zaczął śpiewać piosenkę urodzinową. Stanęłam na przeciw tortu, w których paliły się dwie świeczki z moim obecnym wiekiem "17". Byłam już prawie pełnoletnia. I dobrze mi z tym było.
- Pomyśl życzenie. - przypomniała mi Jo, ale co miałabym sobie życzyć? Przecież wszystko miałam. Wspaniałych przyjaciół, chłopaka, który mnie kocha tak samo mocno jak ja jego. Jedyne, czego mi brakowało to mamy, ale przecież jej nie mogę sobie zażyczyć. Odeszła ode mnie i nie mogłam z tym nic zrobić. i właśnie teraz, w moje siedemnaste urodziny uświadomiłam sobie jak dawno nie byłam na grobie u swojej mamy. Nie mogłam uwierzyć w to, że o niej zapomniałam. Miałam tyle problemów na głowie, że to nie znalazło w niej miejsca. Muszę to naprawić. Muszę.
- Chcę, aby wszystko pozostało tak jak jest. - pomyślałam i zdmuchnęłam  świeczki wiatrem wydobywającym się z moich płuc. Wyprostowałam się, a Jo już stała przy mnie z prezentem w ręku. Złożyła mi życzenia i odeszła do stołu, aby pokroić tort. Następnie podszedł Eddie tłumacząc sytuacje z dzisiejszego rana. Ale ja po prostu rzuciłam krótkie "zapomnijmy o tym" i wzięłam paczkę z wyciągniętych rąk przyjaciela. Na koniec został Justin, który dalej starał się o mnie mimo wszystkich problemów, które razem przeżyliśmy. Było ciężko, ale jesteśmy razem i nic się już nie zmieni. Tak właśnie myślałam. Myliłam się.
- Tiffany - zaczął szukając czegoś w tylnych kieszeniach od spodni. Wyciągnął z nich małe czerwone pudełeczko, otworzył je i uklęknął przede mną na jednym kolanie. Zabrakło mi tchu, nie mogłam oddychać. Byłam tak szczęśliwa, że chciałam już wykrzyknąć "tak!', ale jednak nie zrobiłam tego, jedynie zasłoniłam usta rękoma, aby nie wydać żadnego dźwięku. Miałam wątpliwości? - Wyjdziesz za mnie?


Komentujcię Proszę *.*

niedziela, 16 lutego 2014

Note 25

Kiedy rozłączył nasze wargi, nadal patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Ne rozumiałam jak to mogło się stać. Przecież nie wysyłałam mu żadnych znaków, ze mi się podoba ani nic w tym rodzaju, ale to nie zmienia faktu, że mi się bardzo podobało. Przejechałam wzrokiem po uczniach z naszej szkoły, którzy aktualnie patrzyli na nas, gwizdali i klaskali. Spotkałam się wzrokiem z Justinem, widziałam w nim ból. Próbowałam się tym nie przejąć, bo doskonale wiedział, że taka sama sytuacja spotkała mnie. Cieszyłam się, że Niall to zrobił, najchętniej powtórzyłabym to jeszcze wiele razy, ale Justina już nie było na sali. Przybiło go to totalnie. Poczułam  się winna i nie było mi z tym dobrze. Właśnie teraz uświadomiłam sobie, że i Justin to zamknięty rozdział, na zawsze. Trochę mnie to zabolało, ale co mogłam zrobić? Pobiec za nim? Przeprosić go? Pocałować? Dać mu kolejną szansę, którą by znowu zmarnował? Nie chciałam znowu cierpieć, a na pewno nie przez niego. I tak wytrzymałam bardzo dużo jak na samą siebie. Poddałam się i wróciłam wzrokiem na chłopaka stojącego przede mną, który rozmawiał z DJ zamawiając jakąś piosenkę. Dotknęłam jego ramienia, a on odwrócił głowę w moim kierunku i podniósł kąciki ust.
- Coś się stało? - spytał przysuwając swoją głowę do mojego ucha.
- Wszystko okej. - odparłam łapiąc go za rękę i ciągnąc w stronę parkietu. Zaczęliśmy się poruszać do muzyki wydobywającej się z głośników, już bez krępacji dotykaliśmy siebie. On od czasu do czasu kreślił dziwne znaki na niskiej części moich pleców, prawie dotykając moich pośladków. A ja bawiłam się jego wysoko postawionymi blond włosami. Zapomnieliśmy o świecie, kiedy byliśmy wtuleni w siebie przy ostatniej najwolniejszej piosence. Wszyscy zaczynali się rozchodzić, więc dotarło do mnie, że na mnie też już czas. - Świetnie się bawiłam, dzięki, że mnie zabrałeś.
- Dzięki, że ze mną poszłaś. - powiedział przytulając mnie bardziej do siebie.
- Na mnie już pora. Do zobaczenia. - odparłam idąc wolnym krokiem w kierunku drzwi wyjściowych. Jednak Niall złapał mnie za rękę i zatrzymał.
- Odprowadzę cię. - rzekł nie puszczając mojej dłoni. Delikatnie podniosłam kąciki swoich ust i nie odrywałam wzroku od mojego towarzysza. - Coś mam na twarzy?
- Nie, dlaczego? - spytałam zaczynając się rumienić.
- Obserwujesz mnie. - powiedział zerkając w moją stronę, i łobuzersko uśmiechając się do mnie. Walnęłam go w ramię na znak, żeby nie drążył tematu. Wiedziałabym, że nie potrafiłabym znaleźć lepszego wytłumaczenia. - Masz ochotę coś zjeść?
- Okej. - odparłam czując, że Niall sam odczuwa głód. Weszliśmy do pierwszej napotkanej restauracji i zajęliśmy miejsce przy stoliku dwuosobowym. Wszędzie było pełno serduszek. Nic dziwnego w końcu były walentynki.
- W czym mogę służyć? - zapytała kelnerka ubrana, w krótką miniówkę, białą koszulę i fartuszek.
- Na co masz ochotę Tiff? - Niall podał mi kartę z menu.
- Może na sam początek wodę. A później spaghetti. - rzekłam podając kelnerce spis posiłków. Widziałam, że cały czas nie spuszcza wzroku z Nialla, zaczęło mnie to strasznie denerwować. Okej, rozumiem, że nie jestem dziewczyną Nialla, ale on był tu ze mną, a ona tak po prostu stała przy naszym soliku chyba już z 20 minut.
- No to poprosimy wodę, cole i jedno danie dla zakochanych.
- Dla zakochanych? - zapytałam, kiedy kelnerka przyjęła zamówienie i zniesmaczona odeszła od naszeg stolika. - Co to wogóle jest?
- A skąd mam wiedzieć? - oboje zaczęliśmy się śmiać. - Zaraz się dowiemy.
- Wow! I my mamy to wszystko zjeść? - zapytałam, kiedy zostało przyniesione nam zamówione jedzenie.
- Spokojnie, nie znasz pojemności mojego żołądka.  - poczułam się trochę dziwnie, nie sądziłam, że ktoś może zjeść, aż tyle jedzenia. Jednak myliłam się.
- Czyli jeśli zaproszę Cię do siebie na kolację to muszę przygotować więcej? - zapytałam zastanawiając się nad przebiegiem mojego życia razem z Niallem. - Musiałabym długo nad tym myśleć.
- Tiffany, bez przesady. Umiem się opanować. Chyba. - odparł łapiąc mój podbródek i puszczając do mnie oczko.

- Naprawdę, twój żołądek nie ma dna. - odparłam wyciągając z torebki klucze od  mieszkania.
- Ej, czy ja mam się obrazić? - zapytał trzymając moje nadgarstki. Podniosłam głowę do góry i zobaczyłam jak powoli Niall przysuwa się do mnie. Nie miałam nic przeciwko temu. Już po chwili poczułam zapach jego perfum, a po upływie sekundy nie czułam nic prócz dotyku jego warg. - Wybaczam ci. - rzekł odwracając się i idąc w kierunku swojego domu. Stałam w miejscu i oblizywałam wargi, na których czuć mogłam smak chłopaka. Weszłam do mieszkania zupełnie niczego się nie spodziewając. Wyminęłam całującą się parę. Za pierwszym razem nie zauważyłam ich, ale już po chwili dotarło do mnie, co właśnie działo się u mnie w mieszkaniu.
- Łołoło! Co tu się dzieję? - zapytałam, kiedy mój mózg wyrzucił z głowy Nialla, przynajmniej na chwilę, a przetworzył obraz całującej się Jo z  Eddiem.
- To nie tak jak myślisz. - powiedziała przyjaciółka odsuwając od siebie chłopaka.
- Tylko nie zapomnijcie użyć prezerwatywy. - przypomniałam i pobiegłam na górę do pokoju przeprać się w coś bardziej sportowego. Założyłam na siebie białą bluzkę i shorty. Przy drzwich naciągnęłam buty i wybiegłam z domu. Po kilkunastu minutach biegu, zmęczona postanowiłam chwilę pospacerować. Znalazłam się w niezbyt miłej dzielnicy. Przechodząc między blokami czułam zimny powiew wiatru. Słyszałam również odgłosy rozmów, które po chwili urywały się. Dochodząc do szarego budynku, zobaczyłam znaną mi osobę lecz stała za daleko, abym mogła określić kim ona była. Podeszłam bliżej uważając, aby nikt mnie nie dostrzegł.
- I co? Chcesz wrócić? Po tym wszystkim? - wydawało mi się, że znam głos, który przed chwilą usłyszałam. Na pewno go kilka razy słyszałam w swoim życiu, jestem tego pewna.
- Tak. I nie martwcie się już nic nie jest dla mnie ważniejsze. - odparła znana mi postać.
- Nic?
- Nic i nikt nie jest ważniejszy. - zapewnił lepiej znany mi głos. Wychyliłam się zza śmietnika i wytężyłam wzrok.
- O! - wydobyłam z siebie, kiedy okazało się, że to Justin  jest jednym z mężczyzn obserwowanych przeze mnie. Rozmówcy rozproszyli się moim nadzwyczaj wysokim dźwiękiem i zaczęli się rozglądać po okolicy. Niczego nie dostrzegłszy wrócili do poprzedniej rozmowy.
- A Tiffany? - usłyszałam swoje imię i znowu zaciekawiłam się rozmową.
- To koniec, nic nas już nie łączy. A teraz daj mi już te prochy. Mam dość rozmawiania o moim życiu. Jasne? - odparł zabierając z rąk mężczyzny torebkę z białym proszkiem. Obserwowałam zdarzenie do momentu, w którym podejrzany typ odjechał białą ciężarówką z miejsca zdarzenia. Chciałam się wycofać, ale pech chciał, że potknęłam się i przewróciłam, robiąc przy tym wiele hałasu. - Kto tam jest? - spytał idąc w moim kierunku. Próbowałam szybko wstać, ale moja bluzka zaczepiła się o gałąź krzaka rosnącego przy budynku.  - Tiffany?
- Hej. - powiedział poddanym głosem.
- Co ty tu robisz? - zapytał pomagając mi wstać.
- Emm biegam. - odparłam zgodnie z prawdą.
- Ale tutaj? Dużo widziałaś? - spytał dostrzegając moje zdenerwowanie.
- Ale co miałam widzieć? - udawałam nic nie wiedzącą, ale jak to ja nigdy mi nie wychodziło.
- Tiffany, nie umiesz kłamać. - odparł nie dotykając mnie ani jednym palcem. Nadal stał bez ruchu. Po tym jak udało mu się mnie podnieść nie spojrzał, ani nie dotknął mnie ani razu. Zachowywał się przynajmniej dziwnie.
- Okej, widziałam wystarczająco, aby dać ci w twarz. Obiecałeś mi, że więcej tego nie zrobić i co?
- Spokojnie, już nie jesteśmy razem. Mogę robić co chcę.
- Czyli zrywając ze mną, zerwałeś wszystkie obietnice, które mi dałeś?
- W pewnym sensie.
- Czyli już teraz będę sama, tak?
- Co?
- Obiecałeś, że nigdy mnie nie opuścisz, ale skoro jedna obietnica złamana to druga też.
- Najwyraźniej. A zresztą, ty i tak mnie już nie potrzebujesz. Masz Nialla, on lepiej się tobą zajmie. 
- Czyli to naprawdę koniec? Nie mamy już nawet o czym rozmawiać? Myślałam, że nawet kiedy zerwiemy będziemy mogli się dogadać ze sobą, ale jak widzę myliłam się. Bardzo się myliłam. - wyrzuciłam z siebie tak naprawdę moją nadzieję. Nie sądziłam, że jeszcze ją w sobie mam.
- To i tak bez sensu, już dawno wyrzuciłaś mnie ze swojego życia. - odparł stwierdzając fakt. To prawda, a przynajmniej cząstka niej. Tak bardzo starałam się go wyrzucić ze swojego serca, ale nigdy nie sądziłam, że mi się to uda. A jednak. Udało mi się, ale wcale nie było mi z tym dobrze. - Czy nie tego właśnie chciałaś?
- A ty?
- Nigdy nie chciałem cię stracić. - odparł patrząc mi prosto w oczy. Kiedy minęła chwila, a moje usta nadal były zamknięte po prostu odszedł, nic nie mówiąc zniknął z mojego życia. Ostatecznie.


                                                                                                                                                                  
 A więc zaczynają się ferię *.* Nareszcie! Przez ostatni tydzień ferii byłam chora :( Niestety, ale już wszytko ok, no może powoli wracam do życia :) Proszę komentujcie, jeśli czytacie :) Komentarz to motywacja do pisania. Nawet jeśli nie będziecie komentować ( ale komentujcie :*) Będę dalej pisać, ale miło by było wchodząc na bloga dostrzec nowy komentarz :) Dzieki :*


wtorek, 4 lutego 2014

Note 24

No i nadszedł ten dzień, piątek.Po zjedzonym śniadaniu przygotowanym przez Eddiego, poszłam do szkoły. Dziś nie było lekcji, wszyscy pomagaliśmy przy zawieszaniu dekoracji na bal.
Rozglądałam się co chwilę, aby tylko go zobaczyć, widziałam wszystkich prócz jego. Przestraszyłam się, miałam ogromną nadzieję, że nic mu nie jest. Weszłam na drabinę, aby zawiesić kolejne balony. I zobaczyłam, że drzwi się uchylają, a do sali gimnastycznej wchodzi Justin. Ulżyło mi, ale chyba każdy zobaczył, że się cieszę, bo nagle wzrok każdego był skierowany w moim kierunku. Jednak starałam się tym nie przejmować, wróciłam wzrokiem na chłopaka. Był pobity. Zeszłam szybko z drabiny, niemal, że zeskakując i podbiegłam do chłopaka, który tylko delikatnie mnie wyminął i poszedł w kierunku dekoracji. Poczułam się źle, odwróciłam się za nim, ale nie poszłam ku niemu. Poczułam, że moje łzy spływają mi po policzkach. Jednak możliwe jest to, aby w tak krótkim czasie stać się obojętną dla osoby, która mówiła, że jestem dla niej wszystkim. Przejechałam ręką po delikatnej skórze wycierając mokry ślad. Wzięłam głęboki wdech i wróciłam do zawieszania balonów.
Zabrzmiał dzwonek, wszyscy prócz mnie i Justina opuścili salę. Chłopak nie zwracał na mnie uwagi, bolało mnie to, ale wiedziałam, że on tak się czuł wczoraj. Chciał, abym poczuła to co on czuł, kiedy go zostawiłam. Chciałam go za wszystko przeprosić, ale nie mogłam, kiedy zeszłam z drabiny okazało się, że już go nie ma. Podeszłam do barierki i wzięłam swoją torbę, która leżała pod nią. Odkręciłam się i buchnęłam w postać stojącą przede mną.
- Przepraszam. - rzuciłam nie patrząc na twarz osoby. Wyminęłam ją i wyszłam z sali już więcej się nie odzywając. Szłam korytarzem czując się strasznie samotna. Wszyscy byli w grupkach, mniejszych większych to bez znaczenia, tylko ja chodziłam sama. Tak strasznie zależało mi na Justinie, że nie zaprzyjaźniłam się z nikim więcej. Idąc dalej poprawiłam sobie torebkę i nie zauważywszy otwierających się drzwi łazienki buchnęłam w nie. Wszyscy zaczęli się ze mnie śmiać, nic dziwnego, mieli powody. Najbardziej żałosna dziewczyna na całym świecie.
- Przepraszam. - powiedział chłopak przez którego leżałam na podłodze. Przyglądałam się mu. Nigdy wcześniej nie widziałam w naszej szkole blondyna o niebieskich oczach. Sprawiał wrażenie bardzo miłego. Uśmiechnęłam się do niego podając mu rękę.
- Nic nie szkodzi. - odparłam otrzepując się z kurzu i sięgając po swoją torbę, która nadal leżała na ziemi. Nic już nie słyszałam, uczniowie przestali się śmiać, ale teraz tylko patrzyli na mnie i bardzo przystojnego chłopaka.
- Jestem Niall.
- Tiffany. - przedstawiłam się i podałam chłopaki rękę na znak zawarcia znajomości. - Jesteś tu nowy prawda?
- Niestety tak. - odparł delikatnie drapiąc się w tył głowy.
- Nie martw się oprowadzę cię. - zapewniłam ruszając z nim przez korytarz.  Pokazywałam mu wszystkie miejsca, które mogłyby go zaciekawić. Dziwnie się wtedy czułam, bo przypominałam sobie zdarzenie, kiedy to ja byłam nowa.
- Dzięki, że mnie oprowadzasz, bez ciebie nie dałbym rady.
- Nie ma sprawy, ale tak naprawdę wszystko będzie okej. Wiem co mówię, sama byłam nowa niecałe pół roku temu. - odparłam delikatnie odwzajemniając jego piękny uśmiech.
- Możesz mi powiedzieć o co chodzi z tym całym balem? Gdzie tylko pójdę wszędzie są te plakaty. - mówił podchodząc i dotykając informacji dotyczącej dzisiejszej imprezy.
- Dzisiaj są walentynki.
- To wiem. - odparł znowu uśmiechając się i pokazując mi swoje białe zęby.
- I z tej okazji zorganizowali bal. Jest on dzisiaj o 17. Idziesz?
- Jeśli pójdziesz ze mną? - powiedział tak uroczo, że nie mogłam mu odmówić. Szliśmy równym krokiem, spotykając po drodze wszystkich moich znajomych nawet Justina. Zastanawiałam się nad odpowiedzią, ale kiedy zobaczyłam chłopaka rozmawiającego z Aną, bez wahania udzieliłam odpowiedzi.
- Bardzo chętnie z tobą pójdę. - rzekłam uśmiechając się do niego szerzej. Niall odwzajemnił uśmiech i zapisał nas na listę chętnych. Przyglądałam się jej uważnie i nagle dostrzegłam to, czego szukałam. "Justin Bieber i Ana Sirok"
- Tiffany jak masz na nazwisko? - zapytał wyrywając mnie z zamyślenia.
- Alvord.
- Okej, no to jesteśmy zapisani. - odparł z uśmiechem chowając długopis do plecaka. Do końca dnia pomagaliśmy w przygotowaniach do balu. Kiedy zadzwonił dzwonek, wszyscy wzięliśmy swoje rzeczy i ruszyliśmy ku wyjściu. - Tiffany, może odprowadzę cię do domu?
- Jasne. - rzuciłam kierując uśmiech w jego stronę.
- Em .. Tiff możemy pogadać? - zapytał Justin łapiąc mnie za rękę.
- Poczekam na zewnątrz. - odparł Niall wychodząc.
- Mieliśmy iść na bal razem, a ty tak nagle idziesz z nowym?
- Justin, ty idziesz z Aną, ja z Niallem i wszyscy jesteśmy szczęśliwi, życzę udanej zabawy. A teraz przepraszam, ktoś na mnie czeka. - powiedziałam poprawiając swoją torbę na ramieniu. Wyszłam z sali łapiąc Nialla za rękę. - Idziemy?
- Jasne. - odparł chłopak przepuszczając mnie przodem w drzwiach. Puściłam jego rękę lecz on automatycznie znowu ją złapał. - Powinniśmy przyzwyczaić się do dotyku naszych rąk.
- Tak, masz rację. - odparłam zaciskając bardziej uścisk dłoni. Szliśmy nie wypowiadając żadnych słów, ale od czasu ściskając swoje dłonie na znak, że jesteśmy. Praktycznie co chwilę zerkaliśmy na siebie odwracając swoją głowę z uśmiechem na twarzy. Było cudownie.

***
Nie mogłem zabrać jej tego szczęścia, które właśnie dzisiaj odnalazła. Mimo, że tak cholernie bolało to, że tak szybko mogła o mnie zapomnieć. Nie potrafiłem być obojętny mimo że udawałem. Wszystko mnie bolało, bolało to, że nie odezwała się do mnie ani razu. Boli mnie to, że zapisała swoje imię i nazwisko jego długopisem i przy jego nazwisku, a nie przy moim. Byłem zazdrosny, cholernie zazdrosny! Ale nic nie mogłem poradzić. To nie była moja decyzja, tylko jej. Ale nie mogę złamać kolejny raz obietnicy, będę przy niej cały czas, bez względu na to czy będzie tego chciała czy nie. Nie dam jej nikomu skrzywdzić w sposób jaki ja ją skrzywdziłem albo w inny.

***
- Dzięki. - odezwałam się pierwsza, kiedy doszliśmy do drzwi mojego mieszkania. Puściłam jego rękę i spojrzałam na zegarek. Wskazówki pokazywały 14:00. - Do zobaczenia za trzy godziny.
- Do zobaczenia. - odparł odznaczając swoje usta na moim policzku. Wycofał się i poszedł w kierunku, jak zgadywałam, swojego nowego mieszkania. Ten dzień zapowiadał się bardzo ciekawie, miałam tylko nadzieję, że nic się nie popsuję. Kiedy zniknął z pola widzenia, otworzyłam drzwi domu i weszłam do środka. Jo i Eddie już na mnie czekali w środku niecierpliwi tego jakie rozkazy im wydam aby mogli pomóc mi w przygotowaniu do nadchodzącej imprezy. Odłożyłam torbę na schody i weszłam do łazienki, aby wziąć kąpiel, umyć włosy później je wysuszyć i oddać je w ręce Jo.

No i po szybkim upływie godzin, byłam gotowa. Włożyłam tylko buty i czekałam na Nialla. Podeszłam do lustra i wyjęłam z małej torebki błyszczyk, którym przejechałam delikatnie po dolnej i górnej wardze. Kiedy schowałam kosmetyk, usłyszałam pukanie do drzwi.
- Hej. - przywitałam się wychodząc na świeże powietrze.
- Wow, wyglądasz pięknie. - powiedział Niall zakładając mi na rękę bransoletkę z kwiatem oznaczającą nas jako parę na bal.
- Dziękuję, tobie też do twarzy w garniturze. - odparłam z uśmiechem na twarzy. Chłopak złapał mnie za rękę i poprowadził do limuzyny, do której otworzył mi drzwi i wpuścił mnie pierwszą.  - Limuzyna? Nie musiałeś.
- Wszystko dla wyjątkowej dziewczyny. - rzekł, a na moich policzkach pojawił się naturalny róż. Wsiadłam do środka pojazdu, a Niall usiadł obok mnie. - Ten kolor bardzo do ciebie pasuje Tiffany.
- Bo się zarumienię jeszcze bardziej. - powiedziałam śmiejąc się. Po krótkiej chwili byliśmy już na miejscu. Wiele osób zatrzymało się przed bramą, kiedy zobaczyli długą, białą limuzynę. A na ich twarzach malowało się jeszcze większe zdziwienie, kiedy zobaczyli mnie wysiadającą z tego pięknego samochodu. Szłam razem z Niallem za rękę czując na sobie wzrok każdej dziewczyny i każdego chłopaka, ale o dziwo nie czułam się skrępowana.
- Chyba wszyscy mi zazdroszczą. - wyszeptał mi na ucho Niall. - Tego, że idę z tak piękną dziewczyną.
- Niall, to chyba właśnie mi wszyscy zazdroszczą, że idę z tak przystojnym chłopakiem. - mój partner przyciągnął moją rękę do swoich ust i delikatnie ją pocałował. Uśmiechnęłam się ku niemu, a on odwzajemnił uśmiech. Weszliśmy do prawie pełnej sali i od razu ruszyliśmy w kierunku parkietu.
- Mogę prosić do tańca? - szepnął mi do ucha. Podałam mu rękę i razem w rytm piosenki zaczęliśmy się poruszać. Z czasem szło nam coraz lepiej. Nie krępowaliśmy się już przy sobie i mogliśmy się dotykać. Cudownie się bawiliśmy, aż do momentu.
- Mogę prosić do tańca? - zapytał chłopak o głębi brązowych oczu. Nie musiałam się odkręcać, aby wiedzieć, kto mówi. Niall puścił moją talię i udostępnił mnie Justinowi na tą jedną piosnkę.
- Przyniosę coś do picia. - powiedział w odpowiedniej głośności, abym mogła go usłyszeć. Pokiwałam głową i kiedy odwrócił się do mnie plecami wróciłam wzrokiem na mojego obecnego partnera w tańcu. Nie czułam się zbyt dobrze, nie wiedziałam jak z nim tańczyć po tym wszystkim co nas spotkało. Chciałam żeby było normalnie.
- To żałosne. - powiedziałam i położyłam swoje ręce na wysokości jego ramion, natomiast jego dłonie powędrowały na moje plecy. Zatańczyliśmy jeden kawałek, nie odzywając się do siebie ani słowem. Nie mogłam uwierzyć jak obce mogą stać się osoby, które kiedyś coś do siebie czuły, a może nadal czują.
- Oddaję w twoje ręce. Mam nadzieję, że się nią zajmiesz jak należy. - odparł Justin mierząc wzrokiem Nialla. Chłopak zrobił lekko zdziwioną minę, ale po chwili wszystko stało się dla niego jasne. Miałam już wszystko mu wyjaśnić, ale akurat uciszył mnie głos mówiący do mikrofonu. Na cenę wszedł Justin.
- Zmuszono mnie do zaśpiewania. Ale nie chcę śpiewać sam, dlatego chciałbym zaśpiewać z tobą, przyjdziesz? - zapytał kierując swoje słowa do mnie. Każdy spojrzał się w moją stronę. Niall był skrępowany, nie wiedział o co chodzi. Złapałam go za rękę dając mu znak, że nie zostawię go samego. To chyba był jednoznaczny znak dla Justina, że nie wyjdę z nim zaśpiewać. - A więc jednak nie zaśpiewasz, no okej. Ale wiedź, że nadal cię kocham i tą piosenkę napisałem dla ciebie, tylko dla ciebie.
Muzyka wydobyła się z głośników, a głos Justina idealnie do niej pasował. Chciałam zatkać uszy, na znak, że nie obchodzi mnie to co mówi do mnie, ale nie udało mi się. Widziałam Nialla teraz już całkiem był zdezorientowany.  Wyciągnęłam go z sali, nie zważając na to, że Justin śpiewa piosenkę tylko dla mnie.
- Dlaczego wyszliśmy? - spytał chłopak stając przede mną.
- Bo on śpiewa tą piosenkę dla mnie. Ja i Justin byliśmy parą, ale coś nam nie wyszło i po prostu on teraz robi wszystko, żeby mnie upokorzyć przed tobą.
- Ale nikt cie nie upokorzy przede mną. - powiedział ujmując moją twarz w swoje dłonie. Spojrzałam mu w oczy lecz po chwili zerwałam ich kontakt. - Jeśli chcesz możemy już iść.
- No co ty! Czekamy aż wybiorą króla i królową. - powiedziałam podekscytowana. Znowu weszliśmy do sali, muzyka akurat ucichała, z jeden strony cieszyłam się, że nie będę tego słyszeć, ale z drugiej teraz żałowałam, że wyszłam.
- Justin jeszcze tu wróci. A teraz czas abym ogłosiła kto zostaje królem, a kto królową balu. - powiedziała Any do mikrofonu, mierząc mnie wzrokiem. Doznałam szoku, kiedy skierowała swój uśmiech ku mnie.  - Królem balu zostaje ....
Jak zawsze musi być ta chwila napięcia.
- Niall! - kiedy wypowiedziała jego imię wszyscy zaczęli klaskać, gwizdać i gratulować mu. Chłopak wszedł na scenę i nie spuszczał ze mnie wzroku. - Teraz czas wybrać królową. Tego rocznego balu, królową zostaje ... Emma!
Wszyscy zaczęli bić brawo, ale to co zrobiła Any naprawdę mnie zaskoczyło.
- Ups! Pomyłka. Królową zostaje Tiffany! - nie mogłam w to uwierzyć? Ana upokorzyła Emme dla mnie? Cudowny dzień, pełen pięknych chwil. - Tiffany zapraszamy na scenę.
Minęłam się z wkurzoną Emmą i weszłam na podest, na którym już czekał na mnie mój król. Pocałował moją dłoń i nałożył mi koronę na czubek głowy po czym zaczął tańczyć ze mną na samym środku podestu.  Muzyka się kończyła, a Niall przysunął się do mnie i złączył nasze usta w pocałunku, przy całej szkole.



                                                                                                                                                                  
 Jestem zadowolona z tego rozdziału, mam nadzieję, że wy też :) W komentarzach napiszcie co chcelibyście zobaczyć w następnych rozdziałach. Prosze jeśli czytacie to skomentujcie , chcę zobaczyć ile was jest. KC <3




poniedziałek, 3 lutego 2014

Note 23

Łzy same zaczęły spływać po moich policzkach, nie kontrolowałam tego. Czułam na sobie wzrok kogoś, lekko odwróciłam głowę i zobaczyłam idącego za mną Justina.
- Co ty wyrabiasz? - spytałam odkręcając się do niego.
- Obiecałem, że cię nie opuszczę.
- Ale to ja opuszczam ciebie!
- Ale mimo to, ja dotrzymam obietnicy. Gdziekolwiek pojedziesz, pojadę razem z tobą. Nie zostawię cię samej, rozumiesz? - powiedział delikatnie dotykając mojej dłoni. - Kocham cię i nie chcę cię stracić.
- Justin ...
- Przepraszam! Jestem skończonym idiotą, ale naprawdę nie chciałem tego zrobić. Ja naprawdę chciałem ci powiedzieć.
- Justin, przestań - rzekłam i odkręciłam się, aby ukryć moje łzy.
- Tiffany, nie płacz. - prosi Justin ocierając kciukami moje mokre policzki. Nagle, poczułam jak coś mokrego kapie na mnie. Zaczął padać deszcz, moje ubrania przemokły tak samo jak moje włosy.
- Zostaw mnie samą.  - powiedziałam szukając paczki papierosów w walizce. Wiedziałam, że tam są, to była walizka mojego taty, papierosy miał wszędzie. Kiedy je znalazłam wyjęłam jednego i zapaliłam.
- Tiffany, nigdy już nie zostawię cię samej. - odparł zabierając mi papierosa i rzucając go na podłogę przytulił mnie do siebie. Tak bardzo tego pragnęłam, że puściłam walizkę i objęłam chłopaka wycierając resztki tuszu w jego bluzkę.
- Dasz mi jeszcze jedną szanse?
- Bardzo chętnie - Justin podniósł mój podbródek i delikatnie musnął moje usta. - Ale nie potrafię. Przepraszam.
Spojrzałam mu jeszcze szybko w oczy i łapiąc walizkę zaczęłam biec.


Uciekałam, nie patrząc za siebie, biegłam ile sił w nogach. Nie mogłam pozwolić sobie na to, aby mnie dogonił. Kiedy myślałam, że mi się udało, zwolniłam i automatycznie poczułam na swoich biodrach ręce, które przekręcają mnie o 180 stopni.
- Nie dam ci uciec. - powiedział patrząc mi w oczy. - powiedź mi co mogę zrobić abyś dała mi jeszcze jedną szanse.
- Justin dla nas nie ma już szans.
- Ale ja cię kocham, nie  mogę pozwolić na to abyś odeszła, bo nie chcę cię stracić. Nigdy nie chciałem. Jesteś pierwszą dziewczyną na której tak cholernie mi zależy.
- A ty pierwszym chłopakiem. - odparłam puszczając swoją walizkę. Wpatrywałam się w jego pełne brązu oczy, ale nie widziałam w nich nic znanego. Patrzyłam się dalej, ale nadal nic nie dostrzegłam. To nie był ten Justin, w którym się zakochałam, to był zupełnie inny chłopak, chłopak, który nigdy nie zagości w moim sercu. Po raz kolejny. Wtuliłam się w niego. Czułam krople deszczu spływające po moim ciele w bardzo wolnym tempie. Spojrzałam na niego i zobaczyłam coś zadziwiającego, płakał. Ale nie mogłam go pocieszyć, jedyne co mogłam teraz zrobić, aby mógł być szczęśliwy to odejść. I to właśnie zrobiłam, odeszłam.

Co z tego, że go kochałam? Skoro nie mogę z nim być? Po co mam o nim myśleć i robić sobie złudne nadzieje? Na coś co nigdy już nie będzie możliwe? Spełniłam cześć swoich marzeń, widocznie reszta gwiazd jest poświęcona na kogoś innego, nie dla mnie.

Weszłam do środka mieszkania z nikim nie rozmawiając, nie chciałam nikomu przeszkadzać i nikomu uświadamiać to, że mam dość całego życia. I tak skończł się sobotni niedzielny, poniedziałkowy, wtorkowy i środowy wieczór.

W czwartek obudziłam się około godziny szóstej, przetarłam szybko oczy i poszłam do łazienki, aby przygotować się na kolejny męczący dzień w szkole razem z Jussem. Po umyciu się, zdecydowałam się ubrać w odpowiednie do pogody ciuchy i wyjść jak najprędzej z domu bez śniadania.

Nie śpieszyłam się do szkoły, wyszłam prawie całą godzinę wcześniej, więc na spokojnie mogłam przejść się do parku, a tam usiąść na bardzo znanej mi już ławce. Siedziałam i myślałam, kompletnie zapominając o czasie. Kiedy spojrzałam na zegarek było już za dziesięć ósma. Miałam małe szanse, że zdążę. Biegłam ile sił w nogach i oczywiście na ile moje szpilki mi pozwalały, ale jak to ja zawsze mam szczęście, akurat miałam czerwone światło.
- Wsiadasz? - zapytał Justin opuszczając zaciemnioną szybę samochodu. Bez namysłu, szarpnęłam za klamkę i zapięłam się pasem. Razem z chłopakiem wjechaliśmy na parking szkolny i zajęliśmy jedno z wolnych miejsc. Nie czekając, aż Justin otworzy przede mną drzwi, wysiadłam i nie czekając na niego ruszyłam w stronę wejściowych drzwi. Kiedy mnie dogonił, otworzył przede mną drzwi i wpuścił mnie przed siebie. Weszłam do środka i pierwsze co przykuło moją uwagę to wielki napis na ścianie "Zapraszamy na bal". Tak, jutro miał być bal. Nadal miałam zaproszenie od Justina, ale nie mogłam z nim pójść, mógłby to odebrać inaczej niż ja bym chciała, aby odebrał. Dlatego postanowiłam, że to koniec. Nie idę na bal, a po feriach przepisuję się do szkoły do Paryża.

Po szkole od razu poszłam w kierunku domu. Okazało się, że jeśli naprawdę chcę to mogę dojść do niego w ciągu 5 minut. Otworzyłam drzwi kluczem i zobaczyłam stojącą w progu Jo.
- Cześć. - przywitałam się zdejmując buty i kładąc torbę z książkami na schodach weszłam do kuchni. Na stole leżała sukienka, wyprasowana z wszystkim dodatkami, jakie chciałam założyć do niej. - Co to tu robi?
- Kupiłaś ją, żeby pójść w niej na bal, nie możesz zmarnować takiej okazji.
- Jo, ja nie chcę iść. A zresztą nawet nie mam z kim.
- Jak to nie? A Justin?
- Nie chcę o nim rozmawiać.
- Tiffany, musisz iść, jeśli chcesz żeby wszystko się skończyło udowodnij mu, że możesz być szczęśliwa bez niego. - powiedziała, wymijając mnie w progu pomieszczenia. Weszłam głębiej i dotknęłam delikatnie ręką materiału leżącego na stole. Był delikatny i śliski. Marzyłam, aby ją włożyć i zatańczyć na środku parkietu z chłopakiem, niestety już za późno. Wzięłam sukienkę do ręki i zaniosłam ją do swojego pokoju. Położyłam ją na łóżku, a sama usiadłam do niej tyłem i zaczęłam odrabiać lekcję. Nie mogłam się opanować od odkręcania się w jej stronę. Zeszłam z krzesła i ponownie przejechałam ręką po sukience. Zdjęłam z siebie niepotrzebną warstwę ubrań i zarzuciłam na siebie balową kieckę. Spojrzałam w lustro i rozpuściłam włosy.
- Królową tego rocznego balu zostaje Tiffany Alvord. - słysząc chłopięcy głos moja głowa sama odkręciła się w kierunku drzwi. Eddie stał w progu, opierając się o białą framugę. Podeszłam do niego i lekko szturchnęłam go w ramię.
- Nie śmiej się ze mnie. - zażądałam sama zaczynając się śmiać.
- Zasługujesz na ten tytuł. - powiedział podchodząc do lustra i obejmując mnie w tali położył swoją głowę na moim ramieniu. - Szkoda, że ja nie mogę zostać twoim królem.
Chłopak odszedł ode mnie zostawiając mnie samą w pokoju. Spojrzałam ponownie w lustro i poprawiałam źle leżący materiał. Chwyciłam śliski materiał w ręce i przekręciłam się w kółeczkach kilka razy w pokoju, nie mogąc uwierzyć w to co robię.
- Czas zaszaleć. Idę na bal.




                                                                                                                                                             
 Sorki ponownie, że tak długo xd, ale pociesze was  już niedługo mam ferie więc rozdział będzie częściej :) Komentujcie :) To dla mnie większa motywacja xd :****



piątek, 24 stycznia 2014

Note 22

Obudziłam się ze związanymi nogami i rękami. Miałam również zawiązaną chustkę na twarzy żebym nie mogła nic krzyczeć. Rozejrzałam się po pomieszczeniu w którym się aktualnie znajdowałam. Dookoła było szaro, moje oczy nie wykryły żadnego innego koloru. To było przerażające. Chciało mi się płakać. Chciałam jak najszybciej się stąd wydostać. Znów się szarpałam, ale to nic nie dawało. Sznurek był zawiązany bardzo mocno.
- Dziewczyna jest młoda, może ma z 16 lat. - odparł zbliżający się do mnie mężczyzna. - Co z nią zrobimy?
- Najpierw się ją nacieszymy, a później pozbawimy ją życia.
- Mmmmm ..... - próbowałam coś powiedzieć,  ale nie mogłam.
- Chcesz nam coś powiedzieć? - spytał się jeden z mężczyzn przysuwając się do mnie i kładąc swoją dużą rękę na moim kolanie. Pokręciłam przecząco głową, a on tylko pojechał wyżej po mojej nodze. Miałam dreszcze na całym ciele. Wiedziałam, że już nic mnie nie uratuje. Zostanę zgwałcona, a później pozbawiona życia. Nie tak wyobrażałam sobie swoje życie.
- Nie dotykaj jej! - krzyknął jakiś chłopak, którego głosu nie rozpoznałam. - Ona jest moja.
- Szefie, ale dlaczego to ty masz zawsze te najładniejsze?
- Bo jestem szefem. A teraz idźcie już, ja się nią zajmę.
- Jasne. - powiedzieli równo mężczyźni i odeszli. Po chwili do szarego pomieszczenia wszedł chłopak w skórzanej kurtce.
- Hej słonko.- przywitał się i dotknął ręką mój policzek. Patrzyłam na niego nie mogąc wykonać żadnego ruchu.  Chłopak jednak zdjął taśmę z moich ust  i rozwiązał mocne supły. - Przepraszam za kolegów, nie powinny ci tego robić.
- Co chcesz ze mną zrobić? - zapytałam drżącym głosem, pocierając bolesne miejsca na mojej skórze. 
- Chwilo będziesz przesiadywała tutaj.
- Co?
- A co myślałaś, że tak po prostu cię wypuszcze?
- A dlaczego tego nie możesz zrobić?
- Bo jesteś mi potrzebna.
- Do czego?
- Aby przyciągnąć tu Justina. - powiedział chłopak, a ja zaczęłam zastanawiać się nad znaczeniem słów jakie wypowiedział.
-  Jako to przyciągnąć tu Justina?
- Jest mi coś winny.
- Co?
- Zobaczysz niebawem. Teraz zadzwonisz do Justina i powiesz mu gdzie jesteś.
- Nigdy tego nie zrobię.
- Jeśli nie, to pozwolę chłopakom tu wrócić i pobawić się tobą.
- Nie pomogę Ci w tym planie! Prędzej umrę.
- Na pewno. Chłopaki! - mężczyzna odwrócił się i zaczął wychodzić.
- Stój!
- Jednak zadzwonisz?
- Po co chcesz spotkać się z Justinem?
- Jest mi winny sporo pieniędzy.
- Co? Justin? Ale za co?
- Kotku, jak to za co? - chłopak przysunął się do mnie i zaczął głaskać mój policzek.  - Czym ja mogę się zajmować?
- A skąd ja mam wiedzieć?!
- Kotku, ja sprzedaje narkotyki. A Justin je ode mnie kupuje.
- Justin nie kupuje żadnych narkotyków!!
- Widocznie o wszystkim nie wiesz.
- Zamknij się!
- Spokojnie kotku, to cie pociesze.
- Zboczeńcu, wypuść mnie!
- Zadzwonisz do niego?
- Nigdy!
Chłopak podszedł do mnie i chwycił mocno mój nadgarstek, pociągnął za niego przysuwając mnie do siebie. Jego ręka automatycznie wylądowała na moim pośladku, co strasznie mnie zdenerwowało. Miałam ochotę go walnąć po raz kolejny, ale teraz był ode mnie silniejszy i miał "przyjaciół". Byłam bez szans.
- A może to ja się z tobą zabawie.  - tylko lekko się szarpnęłam kiedy przejechał ręką po moim kroku. Nie miałam możliwości  się poruszyć, byłam bardzo mocno przyciśnięta do jego torsu.
- Zostaw mnie, w spokoju! - krzyknęłam jeszcze bardziej się szarpiąc.
- Zostaw ją. - powiedział wchodzący do szarego pomieszczenia chłopak.
- Justin?! Uciekaj! - krzyczałam zdziwiona jego obecnością w tym miejscu.
- Wypuść ją. To mnie chcesz.
 - Co ty wygadujesz! Justin, idź stąd!
- Wiesz już nie jestem tego taki pewien. Widzę jak ci na niej zależy, dlatego może ją zatrzymam.
- Spadnie jej jeden włos z głowy, a cię załatwię. - mężczyzna trzymający mnie w ramionach zaczął delikatnie bawić się moimi włosami. Kiedy przejechał po nich, przeczesując je, chwycił jednego z nich i pociągnął.
- I co teraz?
Justin podszedł do niego i walnął go z pięści z w twarz. Chłopak automatycznie wypuścił mnie z rąk, łapiąc się za nos, z którego ciurkiem leciała krew. Wpadłam w ramiona Justina mocno się do niego tuląc.
- Musisz stąd uciekać. - powiedział mi na ucho.
- Nie zostawię cię tu.
- Proszę uciekaj, jak najdalej. Spotkamy się w domu. Obiecuję, że będę cały.
- Nie zostawię cię tu! - chłopak był już nabuzowany złością. Złapał mnie za ramiona i mocno mną potrząsnął.
- Masz natychmiast stąd uciekać, inaczej sam cie stąd wyniosę!
- Wyjdę, jeśli ty wyjdziesz. - utrzymywałam swoje zdanie, udając, że wcale nie boję się jego agresji. Justin wziął mnie na ręce i wybiegł ze starego budynku, wkładając mnie do samochodu i samemu zajmując miejsce kierowcy. Przekręcił kluczyk w stacyjce i docisnął gaz. Ruszył z piskiem opon, zostawiając za sobą szary dym, spalin.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? - milczał, kiedy zadawałam po raz kolejny to pytanie. - Czemu mi nie powiedziałeś?!
- A po co miałaś wiedzieć. - byłam nabuzowana, miałam dość wszystkiego. Chciałam uciec z tego samochodu i wrócić tam skąd mnie zabrano. Aby dowiedzieć się dlaczego on mnie tak traktuje.
- Zatrzymaj się. - powiedziałam spokojnie, ani razu nie zerkając na niego.
- Nie ma mowy, nie zatrzymam się.
- Zatrzymasz się, albo ja wyskoczę. - postawiłam ultimatum, a chłopak zjechał na boczną dróżkę i zgasił silnik. Nie czekając, aż coś powie szarpnęłam za klamkę, lecz ta nie umożliwiła mi otworzenia drzwi. - Dlaczego nie mogę otworzyć drzwi.
- Nie wypuszczę cię stąd.
- Co!? Natychmiast mnie wypuść! - krzyczałam jeszcze mocniej szarpiąc za klamkę. Justin objął mnie swoimi umięśnionymi rękoma i przytrzymał abym się uspokoiła. Nie dałam mu za wygraną, szarpałam się, a ja widziałam, że bardzo go to irytuje.
- Uspokój się.
- Ja mam się uspokoić? To ty trzymasz mnie, to ty zamknąłeś mnie w samochodzie i nie chcesz wypuścić i to przez ciebie jesteśmy tu gdzie jesteśmy!
- Tiffany, to nie tak. Ja ci wszystko wyjaśnie, tylko wrócimy do domu.
- Ale ja nie chcę z tobą wracać. Mam cię dość. Rozumiesz? Pocałowałeś  Ane, wybaczyłam ci. Zerwałeś ze mną, wybaczyłam ci. Zachowywałeś się jak skończony dupek, wybaczyłam ci. Ale wszystko ma swoje granice. Justin, z nami koniec. - oczywiście, że go kochałam. Ale nie mogłam dłużej tego ciągnąć. On na każdym kroku musiał robić coś co mnie krzywdzi. Okłamał mnie, nie ufał mi, a chyba właśnie o to chodzi w związku c'nie? Nie mogłam postąpić inaczej, nie dało się. - Wypuść mnie.
- Nie wypuszczę cię dopóki nie porozmawiamy.
- Nie mamy o czym rozmawiać! To była nasza ostatnia szansa, a ty i tak ją zmarnowałeś! Wypuść mnie! - krzyczałam lekko go bijąc na znak, że mam już wszystkiego dość. Otworzył zamki drzwi, a ja od razu wyszłam z auta.
- Poczekaj, - mówił zagradzając mi przejście. - Ale co będzie z nami.
- Jak to z nami? Przecież nas już nie ma. Wracając do ciebie, złamałam komuś serce. Rozumiesz? Byłam egoistką, liczyłam się tylko ja. Bo wybrałam dla siebie dobrze. Ale wiesz co, żałuję! Rozumiesz, żałuję, że tu przyjechałam, że cię poznałam i żałuje,  że musiałam się w tobie tak mocno zakochać. - praktycznie wykrzyczałam mu wszystko w twarz. A moje oczy zaszkliły się łzami. Nic dziwnego.  Ponownie zastawił mi drogę.
- Ale ja nie dam ci odejść.
- Nie masz wyjścia.
- Mam. - odparł przysuwając się do mnie i zbliżając swoje usta do moich. Bez emocji po prostu przekręciłam głowę i go minęłam. Ruszył za mną. - Pozwól mi ostatni raz podwieźć cię do domu.

- Nie Justin, już niedługo nie będziesz mnie widział, zapomnisz o mnie. Przecież tak będzie najlepiej prawda? - wypomniałam mu jego słowa, które wyryły wieczną bliznę na moim sercu i po prostu przeszłam obok niego obojętnie. Sprostowanie, udając obojętną. Wracałam na pieszo, nie miałam ochoty jechać z kimkolwiek, gdziekolwiek. Po prostu wspominałam stare dobre czasy, które przeżyłam z Justinem.Szłam brzegiem ulicy, obserwując nielicznie przejeżdżające samochody.
- Hej, kotku. Wsiadaj, mamy do pogadania. - powiedział chłopak z rozwalonym nosem i poplamioną krwią bluzką.
- Nigdzie nie będę wsiadać. Daj mi spokój.
- O, nagle stałaś się taka twarda?
- Nic ci do tego.
- Może zmięknie ci serce, jak zobaczysz to? - powiedział, a zaciemniona szyba na tylnim siedzeniu obniżyła się. Zobaczyłam Justina, całego pobitego. Jęknęłam cicho.  - Wiedziałem. Mam pomysł kotku. Wypuścimy go, jeśli to ty z nami pojedziesz.
Nawet się nie zastanawiałam, po prostu pociągnęłam za klamkę i otworzyłam drzwi.
- Najpierw go wypuście.
- Nie! - sprzeczał się Justin. - Zostawcie, ją w spokoju. Macie mnie, po co wam ona?
- Bo wiemy, jak bardzo cie boli, kiedy my ją mamy.
- Wypuście go, a ja wsiądę.
- Nie wsiądziesz! - mówił do mnie Justin.
- Czy ja mówię do ciebie?! - wypowiedziałam wkurwiona na niego.
- Wow, czyżby nasze gołąbki się pokłóciły?
- Nic ci do tego.
- Albo go wypuścisz, albo ja nie wsiadam.
- Wypuść go. - umięśniony mężczyzna, wyszedł z auta, ciągnąc za sobą Justina. Po czym znowu wrócił na swoje miejsce. - Wsiadaj.
- Nie rób tego.
- Dlaczego?
- Bo nie chcę żeby coś ci się stało.
- Od kiedy ?
- Od zawsze, Tiffany, ja cie kocham.
- Nie bądź śmieszny, właśnie to okazałeś. - odparłam wsiadając do auta i zamykając za sobą drzwi. Ruszyliśmy z piskiem opon, zostawiając Justina za nami. Wyjrzałam jeszcze, wychylając głowę na świeże powietrze. Przez chwilę mieliśmy ze sobą kontakt wzrokowy, niestety zerwał to kierowca samochodu.
- Możesz się jeszcze wycofać.
- Co? Dlaczego?
- Może zmieniłaś zdanie.
- Nie, nie zmieniłam. - jechaliśmy bez słowa, nikt nie zadawał mi pytań, więc ja nie musiałam na nic odpowiadać.
 Wjechaliśmy w znane mi okolice. Zatrzymali się przy mojej szkole.
- I to tyle.
- Co? Już mnie wypuszczacie?
- Tak. Mamy dość Justina, dlatego chcieliśmy zrobić coś co go załamie. Przepuścimy mi te pieniądze. Możesz mu to powtórzyć. Jesteśmy rozliczeni. - nic nie powiedziałam, po prostu wyszłam z auta. Samochód ruszył zostawiając po sobie znaki. Szybkim krokiem ruszyłam w kierunku domu Justina, aby przed jego przyjazdem, zabrać wszystkie swoje rzeczy i wrócić do swojego mieszkania. Wyjęłam klucze spod wycieraczki i otworzyłam nimi drzwi. Weszłam do środka pomieszczenia i wyjęłam z szafy swoją walizkę. Spakowałam swoje rzeczy i odwróciłam się, aby wyjść. Ale niestety zobaczyłam Justina.
- Jak to możliwe, że ty tu jesteś?
- Wypuścili mnie. - odparłam obojętnie. Ciągnąc swoją walizkę w stronę drzwi. Umięśniona ręka chłopka zatrzymała mnie.  - Justin odpuść sobie.
- Nigdy, obiecałem, że cię nie opuszczę.
- To nie ma znaczenia, bo to ja opuszczam ciebie. - powiedziałam i przekroczyłam próg jego domu wychodząc na dwór.
- Poczekaj. - odkręciłam się w jego stronę i zobaczyłam, że ma szklanki w oczach. - Ty naprawdę chcesz wyjechać?
- Jeszcze w tym tygodniu. - odparłam beznamiętnie.
- A co z balem? - pytał Justin idąc za mną.
- Musisz znaleźć inna partnerkę, bo ta cie opuszcza. - powiedziałam nawet nie odwracając się i idąc przed siebie, zostawiając Justina za sobą.



sobota, 18 stycznia 2014

Note 21

Opuścił mnie, ja delikatnie uśmiechnęłam się do niego po czym zaczęłam się rozglądać po jego mieszkaniu czując się, jakbym była w nim pierwszy raz. Kiedy wróciłam wzrokiem na Justina, walizka z moimi ubraniami już stała przy nim. Zmierzyłam go wzrokiem, nie wiedziałam jak będzie wyglądało nasze życie, kiedy zamieszkamy razem. Dalej na niego patrzyłam nie ruszając się z miejsca.
- Co? - zapytał się podchodząc do mnie.
- Nic. - odparłam wpatrując mu się głęboko w oczy.
- Na co masz dzisiaj ochotę? - zapytał nadal stojąc kilka milimetrów ode mnie.
- Na zakupy. - odparłam rozśmieszona jego miną. - Pójdę kupić sobie sukienkę na bal.
- Okej, no to chodźmy.
- Czekaj, ty nie możesz iść.
- A to niby dlaczego?
- Bo to ma być niespodzianka.
- Ale ... co ja mam robić?
- Idź pograj z chłopakami w piłkę. - odparłam całując go w policzek i wychodząc z domu. Po drodze do galerii wybrałam numer do Eddiego i umówiłam się z nim przy skrzyżowaniu przy moim domu. Był punktualny.


- Dlaczego to ja mam z tobą iść na zakupy a nie Jo? - pytał trochę niezręcznie się czując, kiedy stał z sukienkami przy przymierzalni.
- Bo ty jesteś chłopakiem i powiesz mi prawdę jak wyglądam w tej sukience. - nie odpowiedział. Mówił tylko wtedy kiedy odsuwałam żaluzję przebieralni. Jego słowo które ciągle wypowiadał to "nie". - Ciężko robi się z tobą zakupy.
- No cóż sama tego chciałeś.
- No wiem ... - powiedziałam zniesmaczona wychodząc z pomieszczenia. - A co sądzisz o tej?
-Eeee .... - zaniemówił, nie mógł nic z siebie wydusić. Byłam zdziwiona, przecież nigdy tak z nami nie było.
- Wyglądasz pięknie. - powiedział nieznany głos chłopaka. Odwróciłam się w jego kierunku i zmierzyłam go wzrokiem,krótkowłosy brunet w czarnych rurkach, w białej bluzce i rozpiętej skórze. Motocyklista mówi mi, że ładnie wyglądam, dziwne ...
- Dzięki. - odparłam odwracając się do lustra w przymierzalni. Nagle poczułam czyjeś dłonie na swoich biodrach.
- Ale i tak lepiej było by ci bez niej - odparł szepcząc mi do ucha słowa.
-  Gościu odsuń się od niej. - powiedział już trochę pobudzony adrenaliną Eddie.
- Bo co? Nagle jesteś taki zazdrosny?
- Ja zazdrosny?
- No, w końcu to twoja dziewczyna.
- Ona nie jest moją dziewczyną.
- Aha czyli przyjaciółka od seksu? - nie wytrzymałam, miałam dość tego chłopaka, który myślał, że jest nie wiadomo jaki władczy nad nami. Podeszłam do niego i dałam mu z liścia, zasłużył sobie. Złapał się za policzek i z dumą odszedł. Nie patrząc na Eddiego weszłam do przymierzalni, aby zdjąć z siebie sukienkę, ale niestety miałam problem z suwaniem.
- Eddie - wychyliłam się szukając chłopaka wzrokiem.
- Hm? - zapytał ujawniając się z drugiej strony. Na znak mojej ręki chłopak wszedł do środka i rozpiął mi sukienkę. - Naprawdę bardzo ładnie w niej wyglądasz.
- Dzięki. - odparłam dając mu buziaka w policzek. Chłopak stał i patrzył się na mnie, czułam się trochę dziwnie przebywając tak blisko niego. - Eddie?
- Co?
- Możesz już wyjść. - odparłam troszkę roześmiana sytuacją.
- No tak. - odparł zawstydzony. 

Po kilku minutach wyszłam z przymierzalni niosąc na ręku sukienkę. Razem z Eddiem, pochodziliśmy jeszcze trochę po sklepie, aby wybrać buty i dodatki, po czym udaliśmy się do kasy.
Kasjerka odebrała od nas rzeczy i przykładała kod do czytnika.
- 700 dolarów proszę.
Wyjęłam z torebki portfel, ale dłonie Eddiego zabroniły mi cokolwiek z niego wyjąć.
- Ja zapłacę.
- Nie ma mowy. - kłóciłam się z nim, lecz kobieta już wkładała gotówkę do środka kasy. Otrzymałam torbę z nowo zakupionymi rzeczami nadal wkurzona na kolegę wyszłam ze sklepu. Wyjęłam siedem stów z portfela i wsunęłam je do kieszeni kurtki chłopaka tak aby nie zauważył mojego ruchu. Udało mi się.
- Odprowadzę Cię.
- Powiedź mi, czy ty i Jo ... Czy coś między wami jest?
- Nie. Nic nie ma.
- Jesteś pewny?
- Tiff? Co się stało?
- Nic po prostu chcę się dowiedzieć coś o waszym życiu, przecież spotykamy się tak rzadko odkąd wyjechałam.
- To nie twoja wina. - odparł przytulając mnie do siebie. - To moja wina.
- Co? - zapytałam zdziwiona.
- Gdybym wtedy z tobą nie zerwał, zostałabyś tam z nami, a my moglibyśmy być dalej parą. Zmarnowałem szanse na prawdziwą miłość. Przepraszam cię.
-Eddie to nie twoja wina. - starałam się go pocieszyć. - Właśnie teraz powinnam ci podziękować za to co zrobiłeś. Wiem, że naprawdę mnie kochałeś.
- Nadal kocham.- powiedział i zbliżył się do mnie łącząc nasze usta w pocałunek. Nie odwzajemniłam go, nie mogłam. Odsunęłam się od niego.
- Przepraszam, ale ja nie mogę zrobić tego Justinowi. On na to nie zasługuje.
- Justin nie zasługuje na ciebie Tiff i nie mówię że ja zasługuję, bo też nie jestem ciebie godzien. Z tobą powinien być ktoś, kto samym widokiem sprawia ci radość, ktoś kogo teraz nie widzisz, bo masz Justina, ale dostrzeżesz go gdy jego nie będzie. Ja też cię przepraszam, nie powinienem cię całować. - odszedł, nie zatrzymywałam go. Po prostu patrzyłam jak idzie przed siebie i nie ogląda się na mnie. Zniknął, a ja stałam jeszcze na zimnie i wpatrywałam się w pustą przestrzeń. Po chwili jednak zrezygnowałam i weszłam do pustego domu.
Nie mogłam wysiedzieć w nim długo. Szczerze, nie lubiłam być sama, jeszcze w tak wielkim domu jak ten, w którym obecnie mieszkałam. Przebrałam się w coś bardziej imprezowego i szybko pisząc kartkę do Justina z informacją w jakim klubie będę chwyciłam torbę i wyszłam zamykając za sobą drzwi. Szłam powoli słuchając muzyki z telefonu, która zagłuszała mi świat.
Po 15-minutowej wędrówce weszłam do klubu i usiadłam przy barze.
- Poproszę jednego shota. - odparłam pewnym głosem.
- Małolatów nie obsługujemy. - odparł barman mierząc mnie wzrokiem od twarzy aż po biust. Zrezygnowałam go i odwróciłam się na krześle lekceważąc go. Miałam ochotę się zabawić, ale nie widziałam nikogo znajomego. Żałowałam, że nie poczekałam na Justina. Już miałam wychodzić, kiedy usłyszałam ledwo mi znany głos.
- I znów się spotykamy, czyż to przeznaczenie?
- Raczej pech. - odparłam dostrzegając chłopaka ze sklepu z sukienkami.
- Nie bądź taka. Wychodzisz już?
- Mhm.
- Zostań, postawię ci drinka.
- Małolatów nie obsługują.
- O to się nie martw. - odparł pokazując puste miejsce obok niego. Bez wątpliwości zajęłam je. Potrzebowałam towarzystwa. Chłopak w czarnej skórze zamówił mi drinka, a sobie kilka shotów. Brało mnie, nigdy nie miałam mocnej głowy do picia. Ale zawsze wiedziałam kiedy skończyć.
- Muszę już iść. - odparłam wyjmując portfel i wyciągając z niego banknot o wartości 10 złotych.
- Ja płacę. - tym razem odpuściłam. Po prostu wepchnęłam rzecz z powrotem do torebki i nie żegnając się wyszłam z klubu. Szłam powoli w kierunku domu, kiedy poczułam czyjeś dłonie na moim ciele. Automatycznie zaczęłam się szarpać. Mężczyzna - co poznałam po dłoniach - zatkał mi buzię i zaczął ciągnąć w tył. Próbowałam krzyczeć, ale nie mogłam. Jednak nie dawałam za wygraną, nadal walczyłam o swoje życie, wiercąc się i gryząc rękę, która spoczywała na moich ustach. Serce waliło mi coraz mocniej, nie miałam już siły. I po prostu w pewnej chwili się poddałam. Pod wpływem uderzenia w głowę, zemdlałam.


                                                                                                                                                                      
Przepraszam Was wszystkich, że musieliście tak długo czekać na rozdział. Ale nie miałam czasu, aby wgl być na komputerze i robić cokolwiek. Muszę poprawiać oceny, ale obiecuję,że wszystko niebawem nadrobie. Od 14 lutego mam ferie wtedy rozdział będzie ( postaram się żeby był) co 3 dni :) Pozdrawiam i czekam na komentarze :)

środa, 1 stycznia 2014

Prośba!

Hej, słuchajcie. Moja przyjaciółka pisze bloga, którego link znajduję się w powitaniu, ale podam go jeszcze tutaj. Opowiadanie Angie dostało nominację do bloga miesiąca. Mam wielką prośbę, wejdźcie na jej bloga i zagłosujcie na We'll do it all. Z góry dziękuję :D

http://problems-are-part-of-life.blogspot.com/ - to jest druga część opowiadania. Tu musicie wejść aby oddać głos.
http://my-happiness-is-very-sad.blogspot.com/ i to jest pierwsza część opowiadania.

Zachęcam do przeczytania :* Buziaki Viola4Ever.